Odnaleźć spontaniczność

 

Marta Lipczyńska: Przedmioty artystyczne – muzyka, plastyka są bardzo często traktowane (nie tylko przez uczniów) jako przedmioty gorszego gatunku, a oceny uzyskane na tych lekcjach jako mało istotne. Również nauczyciele innych przedmiotów i większość rodziców tych lekcji nie traktuje poważnie. Dlaczego tak się dzieje, skąd taka postawa?


Michał Suffczyński: Te przedmioty dotykają talentu. Nie są łatwe do wyuczenia. Ważne, żeby stworzyć młodym ludziom szansę na odkrycie swego talentu. To jest oczywiście trudne, bo to nie są przedmioty, których można uczyć tak jak np. chemii – chemia ma pewne czytelne reguły, warsztat, można zaproponować ten warsztat i z tego odpytać. Natomiast rysunek, malarstwo, muzyka to specyficzne przedmioty dotyczące ludzkiej wrażliwości.


ML: Jak można wyłowić owe talenty, kiedy mamy jedną godzinę plastyki czy muzyki w szkole, a zajęcia niejednokrotnie prowadzą ludzie nieprzygotowani, niekompetentni. Mnie w szkole podstawowej przez pewien czas plastyki uczyła pani od matematyki.


MS: To są oczywiście jakieś absurdy, ale paradoksalnie taka godzina zajęć tygodniowo w przypadkowym wydaniu wrażliwemu uczniowi da szansę dotknięcia tematu. Nawet jeżeli taki uczeń ma większy talent, jest bardziej wrażliwy niż nauczyciel, który go uczy, to warto, aby ta godzina była, nawet jeśli to jest za mało.


ML: Ale przecież, nawet jeśli to jest tylko jedna godzina zajęć, to wszystko zależy od nauczyciela prowadzącego takie lekcje.


MS: Oczywiście tak. Od jego wrażliwości, od tego czy będzie umiał dostrzec osoby utalentowane i te mniej utalentowane. Chodzi jednak o pokazanie, że zarówno muzyka, jak i plastyka mają wartość niezależne od tego, czy my w nich uczestniczymy jako autorzy, czy jako odbiorcy.


ML: Znowu sięgam pamiecią do swoich zajęć w szkole podstawowej – najczęściej było to rysowanie na jakiś zadany temat, bez wtajemniczania nas w niuanse, techniki, potem wystawka prac i ocenianie.


MS: Przypomina mi się opowieść jednego z wykładowców wydziału architektury, który miał okazję uczyć rysunku w Szwecji. Lekcje rysunku tamtejszej młodzieży na studiach polegały na tym, że studenci rysowali na małych kartkach. Wykładowcy tamtejszej uczelni mniej więcej w taki sposób zwracali się do uczniów: „Jakie ładne jabłuszka narysowałaś, brawo, pięknie. Pięć,” „A co my tu mamy? Stołek? A czym to robiłeś? Ołówkiem? Âwietnie Pięć.” itd. Te studia kosztowały ciężkie pieniądze, a były to po prostu niewiele warte zajęcia – ci studenci niczego nie dowiedzieli się ani o perspektywie, ani o światłocieniu. Tamtejsi nauczyciele nie uczyli źle, oni niczego nie uczyli.

W polskiej szkole na wczesnych etapach nauczania warto postawić na uwolnienie spontaniczności. Nie ma sensu uczyć całej gamy technik od lekkich – akwareli, ołówka do kryjących – natomiast warto powiedzieć i pokazać, że są takie techniki. Warto zachować równowagę pomiędzy wyzwoleniem spontaniczności a minimum warsztatu, tzn. pokazać, że rysunek ołówkiem może wyglądać tak, rysunek akwarelą tak. Niech przez dwa miesiące uczniowie porysują ołówkiem, następne dwa akwarelą, potem dwa miesiące – długopisem, a potem niech zrobią coś plakatówką. Ważne, aby spróbowali różnych technik, zobaczyli, w której czują się najlepiej. 

Wtedy okaże się, że ludzie przeciętnie uzdolnieni plastycznie będą mieli sporo radości w odkrywaniu różnych technik.

 

ML: Czy w nauce rysunku potrzebne jest zaplecze historyczne?


MS: Z jednej strony, nie wypada, żeby ktoś, kto kończy szkołę, nie wiedział pewnych rzeczy, żeby nie znał alfabetu kultury, np. mylił renesans z gotykiem. Z drugiej strony przy tym minimalnym czasie, przeznaczonym na naukę przedmiotów artystycznych, warto zastanowić się, jak ten czas lepiej wykorzystać: przeznaczyć go na wyzwolenie spontaniczności, dotknięcie kilku farb czy poświęcić go na informacje o kulturze. Gdybym ja został postawiony wobec takiego wyzwania, to próbowałbym to równoważyć. nictwem w zajęciach, to odpowiadam, że możemy to potraktować na zasadzie luźnych szkiców, natomiast poważne zajęcia zaczniemy na trzy lata przed egazminem na studia. Takie jest moje doświadczenie.


ML: A co zrobić, gdy młody człowiek, który dostał się na architekturę, przejawia zdolności bardziej malarskie. Czy doradzać, aby zmienił kierunek?


MS: Na początku, niezależnie od tego, czy ktoś chce być architektem, czy malarzem, czy grafikiem, warsztat jest wspólny. Nie ma powodu, aby malarz nie znał dobrze perspektywy, aby ktoś, kto projektuje ogrody, bał się narysować zestaw brył, nie ma powodu, aby ktoś, kto chce zostać architektem, nie otarł się o kolor czy o rzeźbę. Zatem ścieżka nauczania na początku jest wspólna. W czasie pierwszych kilku miesięcy podczas zajęć powinno się rozstrzygnąć, kto zmierza w jakim kierunku – czy to rysowanie jest bardziej inżynierskie, czy bardziej malarskie. Mądry nauczyciel nie powinien ucznia na siłę kierować w żadną stronę, powinien raczej zobaczyć, sprawdzić, jakie są jego możliwości i delikatnie zasugerować tę dziedzinę, w której czuje się lepiej.


ML: Co może zrobić nauczyciel plastyki w przeciętnej szkole, ograniczony programem, możliwościami technicznymi?


MS: Warto pogodzić pełną spontaniczność z minimum wiedzy.


ML: A co myślisz o zajęciach w plenerze?


MS: Absolutnie warto. Ciekawym doświadczeniem jest zabranie dzieci np. w maju, kiedy jest ładna pogoda, na trawnik za szkołą czy do parku z blokiem pod pachą i rysowanie kwiatów albo liści widzianych z bliska. To są znakomite zajęcia. Ja miałem takie lekcje w podstawówce. Uczyła mnie fantastyczna pani, która zabierała nas do parku w pobliżu ¸azienek Królewskich. Rysowaliśmy tam kwiaty i liście. To naprawdę było przyjemne i odkrywcze. Wróciłem do tego na pierwszych zajęciach z Amerykanami w Detroit. Wyprowadziłem ich na trawę i powiedziałem: „Mamy trzy godziny, poszkicujmy sobie teraz te krzaki”. Miałem wtedy czas, żeby do każdego podejść, zapamiętać ich imiona, mogłem zobaczyć jak sobie radzą.


ML: Na koniec kilka dobrych rad dla nauczycieli przedmiotów artystycznych...


MS: Rozpoznać wrażliwość uczniów, zaakceptować ich odmienność, dać minimum wsparcia warsztatowego, ale dać tylko tyle, ile są w stanie przyjąć – i pokazać kilka technik. Proponuję drogę od spotaniczności do warsztatu z lekkim zapleczem teoretycznym.